niedziela, 3 grudnia 2017

Plany żeglarskie i wycięcie guza.

Weekend spędziłem w Szczecinie. Z Agnieszka planowaliśmy trasy dla TOBIASA na nastepny sezon i przy okazji byłem u niej w szpitalu na badaniach i zabiegu. Okazuje się, że na szczęście nogi mam w porządku, niewydolność żylna jeszcze bez jakichs zmian w tkance, wszystko można uregulować. No i wielki kaszak na plecach dzisiaj został wycięty. Podobno był głęboki na cztery palce. Czyli operujące mnie panie prawie widziały mój żołądek. :P

Ech, starość nie radość...


sobota, 11 listopada 2017

Pierwszy rok powieści – podsumowanie i plany

Tak się złożyło, że 11 listopada to nie tylko nasze Święto Niepodległości, ale także data premiery „Alazzy”. Rok temu dotarły do mnie pierwsze wydrukowane egzemplarze powieści i mogłem rozpocząć rozsyłanie ich do tych osób, które uwierzyły w mój pomysł i wsparły mnie, wpłacając pieniądze na realizację projektu. Pozwolę sobie dzisiaj na krótkie podsumowanie roku, ale nie tylko.

niedziela, 29 października 2017

Coming home...

Nie wytrzymałem długo w jednym miejscu.  Korzystając z okazji wypuściłem się w Polskę. Najpierw Wrocław, gdzie spędziłem dwa dni, odwiedziłem mogiłę dziadków, co by im świecę postawić, bo kochałem ich szczerze i mocno. Przy okazji piwa się napiłem z żywymi znajomymi.

Następnym etapem była stolyca, gdzie u Zdana wylądowałem, by dogadać tematy wydawnicze i oczywiście nie obyło się bez wódki. Zły Zdan, Zły Zdan, rozpija Czeskiego. Sprawy książkowe załatwiłem i w tym momencie zadzwonił znajomy żeglarz z Krakowa i zaczął mi mieszać w planach. Tak naprawdę sam sobie namieszałem, bo moje pragnienie podróżowania zwyciężyło. Tak więc Kraków.

Zakotwiczyłem w Wieliczce, w domu katolickiego konserwatysty i Kawalera Maltańskiego. Sam nie wiem co pcha mnie do takich kontaktów, ale Jacek miły jest i kulturalny, choć jego PiSowskość mnie denerwuje w głębi duszy. Niemniej łączy nas więcej niż dzieli, dlatego póki co nie daliśmy sobie po mordzie.

W Krakowie przede wszystkim odwiedziłem Targi Książki, gdzie wszedłem na krzywy ryj nieco, bo nie planowałem brać w nich udziału, a więc nie należała mi się darmowa wejściówka. Ale wszedłem i na stoisku Ridero spędziłem z cztery godziny, rozmawiając o "Alazzie" i biorąc udział w innych spotkaniach. Było miło, zwłaszcza że poznałem Martę, przezenterkę telewizyjną, która akurat też swoją ksiązkę promowała. No, muszę powiedzieć, że niezły pączuś. Chrupałbym.


Targi targami, ale też przy okazji odwiedziłem wuja Janusza, który mnie już wielokrotnie zapraszał. Chałupę ma małą, ale ładnie położoną na wzgórzach w Wieliczce, jest to stary dom Liszkiewiczów, rodziny ze strony dziadka. Byłem też na kolejnym cmentarzu, gdzie pierwszy raz odwiedziłem pradziadków ze strony dziadka. Bo trzeba. Zwłaszcza, że samhuinnowy czas.

Wieczorna rozmowa z Jackiem przy winie dopełniła wieczoru, ciekaw jestem jak ten konserwatywny katolik odbierze "Alazzę", na którą tak się napalił. No nic, póki co szczęśliwie wyjechałem z Krakowa, więc już tak łatwo mnie nie spali na stosie. Wyjeżdżając, mijałem Bieżanów, gdzie zostawiłem część swoich wspomnień. Szkoda, że z Draki nie wyszło, ale ogień i woda nienajlepiej się łączą. Myślę jednak, że nadal ją lubię.

Bo generalnie, Krakowa ani Małopolski nie trawię.

Wracam do domu, za oknem leje i pizga, obok mnie musiała akurat siąść jakaś kolejna matkopolka ze swoim miotem i pierdoli z druga babą, a gówniarz oczywiście usiłuje zdemontować pociąg. Dobrze, że jadą tylko do Łodzi.

Miałem jeszcze napisać coś nostalgicznego i jesiennego o powrocie duszy do korzeni, o nieustającej potrzebie podrózowania i tak dalej, ale ten gówniarz mnie rozkojarzył. Kończę więc.

sobota, 21 października 2017

Merlin to samo zło, ale ja lubię zło.

Jestem nawalony. Nieco. Bywało o wiele gorzej, teraz w zasadzie można powiedzieć, że wieje jakieś 5-6 w skali do 12, więc nawet sztormu nie ma. Ot, trzeba mocniej trzymaś się steru. Ale naszła mnie dzisiaj potrzeba napisania tego, co w duszy się kołacze, więc ewentualni czytacze mają rzadką okazję zanurzyć się w strumień mojejgo bełkotu, wydobywającego się wprost z mojej świadomości. :P

Właśnie na sieci namierzyła mnie ładna dziewczyna z Kwidzyna. No fajnie, 25 lat, młodziutki, świeżutki towar, smutne oczy, ładna buzia i fajne ciało, ale... kurwa mać, znów zagorzała chrzescijanka!!! No zajebiście, one fajne są, miłe i w ogóle puchate jak bornholmskie owieczki, ale wiadomo, że takiej nie zaciągniesz do lasu w krzaki bez zaobrączkowania i spowiedzi... A ja jestem zagorzały pogan i takim pozostanę, bo moja pogańskość z głębi serca wynika. Więc znów mam wrażenie, że "tamta strona" kusi: "come to the light side, we have boobies". Ni chuja, nawet najpiekniejsze cycki nie skuszą mnie, by wrócić na pastwisko Pana, gdzie jest się pozbawioną woli owieczką, strzyżoną przez pasterzy, a po śmierci, zjedzoną przez judeochrzescijańskie mzimu, mniam mniam. :/

No i chuj. 

Dzisiaj miało być jedno małe piwo w Merlinie, ale przyszły "niewłaściwe osoby" i zaczęła się kanonada z ciężkiej artylerii. Przyznać muszę z dumą, że po trzech piwach, zalewanych obficie wiśniówką i przypalanych fajką, nadal byłem w stanie kontrolować czas i zmyć się rozsądnie około 23.00 do domu. Zanim to jednak nastąpiło, miałem okazję poobserwować barową faunę i florę. Laski wylaszczone, ewidentnie zrobione "barowo" i niech nikt mi nie wciska kitu, że "dbają o siebie dla siebie". Spojrzenia kierowane w strone samców, gesty i uśmiechy.... A z drugiej strony prężenie muskułów, męskość do kwadratu okraszona wychodowanymi na najlepszych kosmetykach brodami i gadkami niby swobodnymi, ale jednak sugerującymi, że "ja jestem samcem alfa". Przynajmniej dopóki alkohol nie rozpuści maski i wśród gestów i min nie pojawi się autentyczność. I prawda.

Nie wiem... Nigdy nie rozumiałem tego całego cyrku. Być może powinienem, być może tak właśnie wygląda poszukiwanie partnera/partnerki w gatunku homo sapiens sapiens. W takim razie jestem jakimś wybrakowanym egzemplarzem. Albo starzeję się. 

Jutro rodzinny wypad do Wrocławia, a potem towarzysko/wydawniczy do Warszawy. Trzeba powoli przygotowywać temat "Alazzy".

Żeby tylko mi się chciało pisać, jak się nie chce...

Dobra. Wyrzuciłem z siebie, co mi siedziało na wątrobie. Ochota na spowiedź przeszła. Przynajmniej przetestowałem nową klawiaturę. Chociaż stara wciąż działa, jakoś ulegam przesądowi, że nowe teksty powinno się pisać nowymi długopisami, tudzież - w dzisiejszych czasach - na nowych klawiaturach. XXI wiek, a magia pozostaje magią.

Dobranoc.

czwartek, 19 października 2017

Powrót z morza.

No i wróciłem. Ostatni rejs zrobiony, jacht odstawiony, wysycham w domu i otrzepuję się z soli morskiej. Powoli dochodzę do siebie, ze stoickim spokojem przeżywając kolejne sny o tym, że wciąż pływam. Za dwa tygodnie powinno przejść. Tymczasem staram się zmobilizowac do pisania. Niby mam kilka miesięcy, ale wiem, że to niewiele czasu. A znając mnie, to nie codziennie bede miał wenę. Tym bardziej muszę wziąc dupę w troki i przysiąść fałdów. 

Samotnośc gryzie, jesień gryzie, teraz moge z czystym sumieniem zanurzyć się w ciemną mgłę październikowej nocy. Samhuinn tuż tuż...

A tymczasem nadrabiam zaległości filmowe. Wczoraj byłem w kinie na nowym Blade Runnerze, dzisiaj wciągnąłem nową Mumię z Tomem Cruisem, na jutro czeka Valerian. Pamietam go z czasów komiksu w "Świecie Młodych", bardzo mi wtedy podszedł. Ciekawe, jak wyszedł film.


wtorek, 3 października 2017

Jesień

Przyszła, bo co miała zrobić. Stoję w Szczecinie, przede mną jeszcze jeden, październikowy rejs, a potem odstawiam TOBIASA i wracam na ląd, wyschnąć nieco. Chciałoby sie jeszcze gdzies wyskoczyć na ciepłe wody przed zimą, ale wymysliłem sobie ambitne plany pisarskie i wypadałoby się z nich wywiązać. Przed sobą samym, czytelnikami i zamawiającymi. Bo oprócz Alazzy mam nagrane zlecenie na książkę o żeglarstwie dla dzieci. A to niełatwe zadanie. Póki co jednak, odpoczywam, czekając do weekendu, gdy znów przepłynę do Świnkowa i zabiorę załogę.

Z kronikarskiego obowiązku: rejs do Kopenhagi był najbardziej zajebistym w tym sezonie. I chociaż zupełnie nie wiało i cała drogę zrobiliśmy na silniku, to ekipa była maksymalnie pozytywna. Niestety, kolejny rejs już nie dorastał Kopenhadze, mimo że zaliczylismy Bornholm, ale prymitywizm zwłaszcza jednego załoganta zmęczył mnie do tego stopnia, że z chęcią dobijałem po raz ostatni do mariny w Świnoujściu. Pomijam numer jaki mi odwalił telefonicznie, szkoda sie rozpisywać, ale tak to bywa, gdy mając ponad sześćdziesiąt lat wciąz myśli się kutasem, a nie mózgiem. Brak dystansu do siebie i narosłe kompleksy dają doprawdy żałosny wynik. Mam nadzieje, że nigdy taki nie będę. Blech.

Jak na razie staram sie nie dawać jesieni, choć wiedźma puka do okien i usiłuje wleźć we mnie. Pewnie niedługo i tak ją wpuszczę, ale na razie jeszcze muszę się spiąć na ostatni tydzien na Bałtyku. Zresztą, cały październik szykuje się raczej robotny, więc nie powinienem mieć czasu na melancholijne pierdolenie o niczym.

Way to go, sailor!

Zdjęcie użytkownika Cezary Czyżewski.

Zdjęcie użytkownika Cezary Czyżewski.

Zdjęcie użytkownika Cezary Czyżewski.

Zdjęcie użytkownika Cezary Czyżewski.

Zdjęcie użytkownika Cezary Czyżewski.      Zdjęcie użytkownika Cezary Czyżewski.

środa, 13 września 2017

Pytanie do czytelników.

Premiera drugiej części historii Tadeusza i Alazzy planowana jest na marzec 2018 roku. Przygotowując się do niej, chciałbym poznać zdanie osób zainteresowanych, jaka forma książki i zakupu byłaby przez was najchętniej widziana. Zapraszam też do komentowania, każda uwaga może okazać się przydatna.