wtorek, 22 sierpnia 2017

Long way home...

Dzisiaj wieczorem opuszczamy Helsinki. Ładne miasto, pełne modernistycznej architektury i życzliwych ludzi. Czas nam na południe. TOBIAS popłynie najpierw  przez cieśniny przy wyspach Saarema i Hiuma, a potem zawinie do Parnawy. Stamtąd weźmiemy kurs na Rygę.





niedziela, 20 sierpnia 2017

Sztokholm, Alandy i Helsinki

Rejs do Sztokholmu przez Visby będę wspominał miło. Zwłaszcza, że zaliczyliśmy dzień z tygodnia średniowiecza. Sztokholm oczywiście fajny jak zawsze. Nowa załoga juz nie. Miałem czterech chlejców z Białegostoku i jednego łosia o psychopatycznych skłonnościach. Albo ćpuna. Rejs alandzki niestety okazał się ciężki, cieszyłem się, że już po wszystkim i stara załoga zeszła z pokładu. Aktualnie są już moje morskie trolle, które przyjechały wczoraj do Tallina, gdzie stoję i za chwilę wypływamy do Helsinek. Klimat zmienił się zupełnie i atmosfera jest jak zawsze - wesoło, zgodnie, z odrobiną świntuszenia i zdrowej, męskiej perwersji. ;)

Dwa tygodnie przed nami. Będzie git!

piątek, 4 sierpnia 2017

Lughnasadh czyli gnam przed siebie, uciekając wciąż.

Skończyły się obozy. Na jednym zostałem posądzony o pedofilię wobec 18 letnich chłopaków (matka histeryczka z Krakowa, to wyjaśnia wszystko), na szczęście telefon i przeprosiny ojca jednego z nich zamknęły temat. Na drugim miałem instruktora klocka, któremu nie dało się wyjaśnić takiej prostej rzeczy, jak to że obóz to nie regaty i nie ścigamy się do portu docelowego, ale płyniemy razem, bo bezpieczeństwo jest najważniejsze. Na szczęscie trzeci turnus był normalny, wyszkoliłem piątkę młodych żeglarzy i to w normalnej atmosferze. Dobre i to.

Dwa dni w domu minęły błyskawicznie. Szczerze powiedziawszy, nie odpocząłem specjalnie, powrót z Warszawy był męczący. Dzisiaj zaliczyłem parę piw w Merlinie, jutro jadę do Gdyni, skąd rozpoczynam miesięczny rejs do Szwecji i Finlandii. W domu będę dopiero w październiku, bo we wrześniu czekają mnie jeszcze cztery rejsy. Chociaż kto wie, co jeszcze mi wpadnie w kalendarz, może się okazać, że w październiku wyląduję np. na pokładzie "Fryderyka Chopina"... Ale ciii... Na razie nie ma o czym gadać.

Święto Plonów prawie mi umknęło przez nawał zajęć. Dopiero dzisiaj uświadomiłem sobie, że to znów ten czas. Znów odcinam kupony od tego, co zasiałem. Nie jest tego wiele, ale z satysfakcją stwierdzam, że co roku plony są coraz obfitsze. Nie tylko materialnie. Pytanie tylko, czy wystarczy tego, gdy przyjdzie jesień mojego życia...

Dzisiaj też zastanowiłem się nieco nad tym, co robię. I tak, przyznaję się - uciekam. Przed samym sobą, przed zmartwieniami, przed strachami, przed swoimi słabościami. Przed swoją bylejakością, której obrazem jest czterdziestodwuletni żeglarz bez własnego domu, pieniędzy, żony, dzieci i niczego, co powinien posiadać współczesny mężczyzna, chcący nazywać się dojrzałym. Nie wiem, czy powinienem winić siebie, czy okoliczności ode mnie niezależne. Nie ma to znaczenia. Dawne nadzieje stały się dzisiaj jedynie cierpkimi wspomnieniami miejsc, szans i twarzy... Dzisiaj coraz więcej spraw nie ma znaczenia. A może tylko udało mi się wmówić samemu sobie, że nie mają one znaczenia? Jak typowa baba wmówiłem sobie, że moje strachy nie są moje? Że moje tęsknoty nie mają znaczenia, że moje pragnienia to tak naprawdę tylko stygnące w żyłach hormony młodości? Już parę lat temu zrozumiałem, że nie jestem młodzieńcem i że nie ma sensu zachowywać sie jak jeden z tych głupich szczyli koło dwudziestki, albo nabzdyczonych, pełnych pretensji egoistów koło trzydziestki? Jestem kim jestem i tego nie zmienię. Nie mam już sił, chęci i motywacji. Nie widzę sensu. Powoli toczę się smugą cienia ku punktowi, w którym czeka na mnie tylko ciemność. Ile to potrwa? Mam nadzieje, że niezbyt długo. Samotność już mi doskwiera, stąd ta moja ucieczka na morze, by chociaż przez chwilę poudawać wartościowego człowieka, twardego kapitana, żeglarza, który ma swoje życie pod kontrolą i sukces w zasięgu ręki.

A tymczasem tesknię. I boję się nawet myśleć za czym i za kim. Ale wiem, że ta tesknota mnie uwiera. A ja nie umiem sobie z tym poradzić. Bo nie potrafię odwrócić się i spojrzeć jej w oczy. Zresztą, wiem, co bym tam ujrzał. Słowa sprzed wielu lat:

"Miłość nie jest dla ciebie".

Więc jeśli nie, to co jest dla mnie?

Co?


sobota, 1 lipca 2017

Smutek...

Smuteczek... I nawet żagle nie pomagają...

wtorek, 20 czerwca 2017

Ze wschodu na zachód i totalna inwigilacja!





Talli odeszła, ale życie toczy się dalej. Do Łeby dojechał Hubert, znajomy żeglarz i we dwóch przepłynęlismy do Kołobrzegu. Pech chciał, że nie dalej, bo po pierwsze, na poligonie w strefie 6 (między Łebą a Darłowem) wojsko urządziło sobie wojnę i musieliśmy opływać cały rejon, co zajęło nam dwa razy więcej czasu. Potem przyszłą pizgawa i w efekcie Hubertowi skończył się urlop i musiał wracać. W Kołobrzegu zostałem sam. Po małym miotaniu się podjąłem męską decyzję, że ostatnie 50 mil do Świnoujścia przepłynę sam.


Neptun okazał się łaskawy. W zasadzie całą drogę zrobiłem na silniku, bo władca mórz i oceanów wyłączył wiatr. W Świnkowie byłem po czternastu godzinach samotnej, wyczerpującej nudą żeglugi.


Pozostaje mi jeszcze odstawic jacht do Szczecina i na miesiąc pożegnam się z TOBIASEM. Lipiec spędze na Mazurach na obozach. Potem, znów na Bałtyk.

Totalna inwigilacja.


Jak wiadomo, licznik statystyk pozwala sprawdzać IP odwiedzających mojego bloga. Sprawdzam sobie więc od czasu do czasu, kto i kiedy mnie odwiedza, dzięki temu, łacząc kilka sztuczek wiem dokładnie, jakich gości miewam u siebie. Jakież było moje zdziwienie, gdy ostatnio znalazłem wśród wizytujących IP z - UWAGA! - Komendy Głównej Policji. No, to nie przelewki, proszę Państwa. Poważna sprawa.

Po pierwsze, kto mógł stamtąd - i po co - włazić w mój zakątek internetu, ponury i wilgotny? Jeśli ktoś zagląda sobie prywatnie na blogi, to w godzinach pracy nie powinien tego robić ze służbowych komputerów. Oj, nieładnie, panie Błaszczak, nieładnie... :P Druga możliwość - było to wejście celowe i zamierzone. W takim razie po co? Bo kwestie przypadku odrzucam - nie ma takich przypadków. W jakim celu KGP raczyło mnie odwiedzić? Przecież nie dla zabawy. Czyżbym więc był poddany jakiemus rozpoznawaniu? Poszukiwaniu pod kątem ewentualnych popełnianych przestepstw? Jako normalny (w zasadzie) obywatel, pragnę czym prędzej pomóc naszym służbom.

W związku z tym składam oświadczenie. Całkiem poważne. Serio. 

Nic mi nie wiadomo, bym kiedykolwiek świadomie (i mam nadzieję, że nieświadomie też) złamał prawo, co potwierdza tegoroczny wypis z KRK, który posiadam. Zakładając jednak, że moje życie i poglądy mogą potencjalnie zainteresować organy ścigania, wyjaśniam:

Nie diluję niczego, oprócz kiepskich i nieprzyzwoitych żartów. Także tych niepoprawnych politycznie. Marychę w życiu próbowałem dwa razy, dawno temu i jako że nie zadziałała na mnie, nie uzywam jej, ani nie posiadam. Nie mam też przy sobie ani w domu żadnych niedozwolonych prawem polskim przedmiotów, typu broń czy kradzione dobra i zła. Nie przypominam sobie, bym kogokolwiek zabił, nawet po pijaku - tak mam, że mogę być nawalony jak cała rosyjska brygada pancerna, a i tak pamiętam wszystko. No, chyba że za zbrodnię weźmiemy zarzyganie przeze mnie peronu na stacji Metro Politechnika, ale to też było pare lat temu, więc pewnie się przedawniło. No i był to Sylwester, więc są okoliczności łagodzące.

Nie przemycam żadnych nielegalnych imigrantów przez Bałtyk. Ani do Szwecji, ani ze Szwecji. Ani nawet na Bornholm. Jeszcze mi wysadzą browar w Svaneke i nie będe miał gdzie pić zacnego duńskiego piwa.

Natomiast jestem:

- zadeklarowanym poganinem i politeistą. Nie jestem chrześcijaninem, jako że podstawy tej religii, jej instytucje i jej zasady moralne uważam za nienaturalne i niezgodne z etyką świata i wszechświata. Uważam się za wyznawcę Matki Natury i gotów jestem umrzeć za swoje przekonania. Nikomu jednakże ich nie narzucam czy słowem, czy ładunkiem wybuchowym. To nie moje metody. Nie zamierzam też w żadnym wypadku palić jakichkolwiek kościołów, współczesnych, czy zabytkowych. Zwłaszcza tych ostatnich. Moja dusza konserwatora zabytków by mi na to nie pozwoliła. Zdecydowanie wole palić fajkę, ostatecznie głupa.

- członkiem partii Nowoczesna. Chociaż ostatnio waham się, czy nadal chcę być, albowiem mam wrażenie, że ugrupowanie to pogubiło się zarówno w swoich zasadach jak i działaniu. Formalnie jednak należę do części społeczeństwa będącego w opozycji do obecnej władzy w Polsce. Jesli to jest podstawą do sprawdzania mnie - rozumiem. Ale nie akceptuję. Dodam, że bywałem na demonstracjach i marszach zarówno w Bydgoszczy, jak i w Warszawie. Nawet niosłem biało-czerwoną flagę, choć jako element gorszego sortu i współczesny barbarzyńca, pewnie jestem tego prawa pozbawiony. Acha - mam też czarną koszulkę z napisem "Gorszy Sort Polaków".

- autorem powieści fantastycznej "Alazza", w której pojawia się przemoc, seks, służby specjalne i Kościół, ale deklaruję, że wszystko to jest fikcją literacką, chyba że całkowitym przypadkiem Wydział Dziesiąty CBŚP rzeczywiście istnieje i ugania się za demonami. W takim razie natychmiast składam podanie o przyjęcie mnie tam, jako specjalisty w dziedzinie rzeczy para i nie normalnych.

Mam też sporo znajomych, także wśród młodzieży, co jest wynikiem mojej pracy jako pilota wycieczek i instruktora żeglarstwa. W naturalny sposób może to sugerować jakieś moje niezdrowe fascynacje, dodam zaraz, że mam też sporo znajomych w wieku 60+, co również może sugerować niezdrowe fascynacje. Uspokajam potencjalnych stróżów prawa i moralności: preferuję młode, ale wyrośnięte samice w wieku co najmniej 17+, a najlepiej w wieku poborowym i studenckim.

Gdyby jednak ktoś z KGP miał nadal wątpliwości, co do mojego - nadwyrężonego co prawda, ale wciąż trzymającego pion - kręgosłupa moralnego, spieszę poinformować, że gotów jestem w każdej chwili, o ile kalendarz pozwoli, na normalne, cywilizowane spotkanie i rozmowę. Proszę, nie nasyłajcie na mnie o szóstej rano chłopaków w kominarkach, bo moge ich pomylić z pospolitymi bandytami i obudziwszy wewnętrznego Niedźwiedzia, przez pomyłkę poprzegryzam im aorty. A szkoda by było. Panie Mariuszu kochany, wystarczy telefon, normalna rozmowa, spotkamy się przy kawie czy herbacie, jak cywilizowani obywatele.

z poważaniem,

Cezary Czyżewski,
Bydgoszcz

niedziela, 11 czerwca 2017

Epitafium dla Talli

Joanna Roethel, znana mi przede wszyskim jako Talli, dzisiaj oficjalnie została uznana za zmarłą. Wiadomość otrzymałem od Marka "Yody". Moja serdeczna, wieloletnia przyjaciółka, z którą jeszcze w poniedziałek, sześć dni temu rozmawiałem przez sieć na godzinę? dwie przed wypadkiem? Zasłabła w samochodzie, wiozącym ją z pracy do domu. Trafiła do szpitala, ale lekarze nie mieli już nadziei. Serce stanęło, nie udało się go ponownie uruchomić. Ciało utrzymywano pod aparaturą do dzisiaj, kiedy to lekarze stwierdzili formalnie zgon.

Talli znałem od czasu studiów. Poznaliśmy się na jakimś konwencie, potem jeździliśmy na wiele kolejnych, graliśmy, pilismy, robiliśmy niezłe jaja, nawet takie, których tutaj nie opiszę, by nie gorszyć czytelników. A bywało grubo. Potem, gdy wycofałem się z fandomu, trzymaliśmy się razem, bo odkryliśmy oboje, że jesteśmy pogańskimi duszami. Ona, kobieta, była zawsze zafascynowana ogniem, ja, facet, zawsze byłem bliżej wody. Wspierała mnie podczas moich problemów z M. i później zawsze, gdy tego potrzebowałem. A ja odpłacałem jej tym samym. Bo poprostu tak było dobrze i właściwie. Znała moje najskrytsze sekrety, te najmroczniejsze, z samego dna mojej brudnej duszy, bo wiedziałem, że mogę jej zaufać całkowicie i powiedzieć o nich. Tak jak prawdziwemu przyjacielowi.

To ona pokazała mi mojego Niedźwiedzia. Tylko ona mogła to zrobić, bo znała mnie jak nikt inny. A ja jej pokazałem jej Srokę. Tak to działało. I chociaż w ostatnim czasie widywaliśmy się rzadziej, zwłaszcza, gdy ja zacząłem pływać, a ona wyjechała do Warszawy szukać lepszego życia, zawsze spotykaliśmy się przy każdej możliwej okazji, by pogadać, obrobić dupę znajomym, napić się i pobyć razem, I nie, ani razu nie spaliśmy ze sobą. To nie był ten rodzaj przyjaźni, próbującej oszukiwać, czy maskować instynkty. 

Czy będzie mi jej brakowało? O jak skurwysyn! Bo przecież prawdziwych przyjaciół miewa się w życiu zaledwie kilku. Co czuję? Smutek. Nie rozdarcie, nie jakiś przeszywający żal, ale po prostu smutek. Talli miała 35 lat. Była mądrą, dojrzałą kobietą, doświadczoną przez życie, ale umiejącą sobie radzić z własnymi demonami - jak każdy - lepiej lub gorzej. Już nigdy nie siądziemy razem do stołu, by wpierdzielić mięcho z grilla, czy napić się wina. Już nigdy nie wyjmiemy kości i nie zagramy w erpega, nie pogadamy o muzyce TSFH, nie pójdziemy do lasu razem świętować pogańskie święta. Już nigdy nie opierdolę jej za jej głupotę, a ona nie zjebie mnie za moją.

Talli odeszła. Znowu coś się w moim życiu skończyło. Będę cię zawsze pamiętał, Asiu. Taką, jaką byłaś. Zwariowaną, emocjonalną, przyjacielską, szczerą. I jeśli cokolwiek jest po Drugiej Stronie, odrodź się w Wiecznym Ogniu, tym razem taka, jaką zawsze pragnęłaś być. Jaką? To wiesz ty i ja.

Niech cię Feniks prowadzi, przyjaciółko...


sobota, 3 czerwca 2017

Gdańsk


Tydzień w Gdańsku. Spokój, odprężenie. A przy okazji rozwalona pompa zęzowa i kibel. Naprawiłem oczywiście. Z tego wszystkiego miała być dłuższa notka, ale zabrakło mi czasu, więc tylko krótka wzmianka. Dzisiaj jest sobota, wypływamy do Szwecji, pierwsi załoganci już na pokładzie. Koniec ze spokojem. Czas na morze.